Siem Reap i pierwsze wrażenia z Kambodży

Gdy w marcu wylatywaliśmy z Tajlandii po trzech tygodniach wakacji, nie przypuszczaliśmy, że niedługo znowu wylądujemy w Azji Południowo-Wschodniej. Tymczasem niewiele ponad pół roku później, świętowaliśmy moje urodziny jedząc znowu pad thaia i popijając kokosy, w naszym ukochanym Bangkoku. Ale zatrzymaliśmy się tu tylko na chwilę, bo po kilkunastu godzinach wsiadaliśmy na pokład kolejnego samolotu. Nie jestem pewien czy dłużej trwał lot czy kurs taksówką z Chinatown po zakorkowanych ulicach stolicy Tajlandii na lotnisko Don Mueang, skąd lata AirAsia. W każdym bądź razie kilka godzin później mogliśmy powiedzieć: jesteśmy w Kambodży!

Siem Reap – brama do Angkoru

A dokładnie w Siem Reap, miasta zwanego Bramą Angkoru, ze względu na bliskość wspaniałych zabytków z czasów imperium khmerskiego.

Lotnisko w Siem Reap pod względem ilości pasażerów jest największym portem lotniczym w Kambodży. Daleko mu jednak do obu molochów znanych z Bangkoku. W porównaniu do nich jest bardzo kameralne a swojskości nadaje mu dodatkowo dach zaprojektowany w tradycyjnym azjatyckim stylu. By przekroczyć granicę z Kambodżą wymagana jest wiza. Warto o niej pomyśleć wcześniej i prosty sposób załatwić ją przez internet (szczegóły na końcu wpisu), by na lotnisku nie tracić czasu w jednej z kolejek.

Pomimo niewielkich rozmiarów lotniska, nie udało nam się znaleźć stoiska z kartami SIM (zawsze kupujemy lokalną z pakietem internetu). Był za to kantor. Jednak jak się okazało, nie warto wymieniać tu walut. Wymieniliśmy po kursie 1 USD =  3.800 kambodżańskich rieli. „Na ulicy” 1 dolar zawsze odpowiadał 4.000 rieli, więc 5% w plecy. Poza tym zawsze i wszędzie można płacić dolarami (lub dolarami i rielami), resztę otrzymując natomiast przeważnie w rielach (ale i dolary się zdarzają).

Obok lotniska jest parking z taksówkami i tuk tukami. Nie idziemy bezpośrednio do kierowców, tylko do wyznaczonego okienka. Jest tutaj też oficjalny cennik. Niestety nie udało nam się przekonać „urzędnika” że zmieścimy się wszyscy z bagażami do tuk tuka, więc musieliśmy skorzystać z tradycyjnej taksówki. Zapłaciliście kiedyś czterdzieści tysięcy za kurs? My tak! Rieli co prawda, ale to nadal 10 dolarów. Sporo biorąc pod uwagę, że wynajęcie tuk tuka z kierowcą na cały dzień to wydatek rzędu 15-25 USD w zależności od trasy i determinacji negocjujących stron.

Po drodze nasz kierowca uprzejmie, ale jednak z uporem próbował nas namówić na swoje usługi jako przewodnika po Angkorze na najbliższe dni. Argumentów miał sporo kładąc jednak największy nacisk na bezpieczeństwo. Bo drogi tu niebezpieczne, wypadki się zdarzają, oczywiście przez nierozważnych kierowców tuk tukwó. Do tego w aucie jest klimatyzacja i komfort… a że my z dziećmi to w ogóle nie powinniśmy się zastanawiać. Z góry był jednak na straconej pozycji. My po prostu kochamy tuk tuki. Za ten pęd powietrza, który robi za najlepszą klimę na świecie. Za te manewry na drodze dostarczające wrażeń. Za to że między nami (i obiektywem aparatu) a światem zewnętrznym a nie ma bariery w postaci szyby. Nie zawsze idealnie czystej ; ) No i przede wszystkim za to, że w tuk tukach Zosi nie robi się niedobrze!

Jednak kierowca chcąc nam zwizualizować skalę niedogodności wiózł nas nieutwardzoną, pełną dziur drogą, której poboczem ludzie przepędzali bydło a wokół nie było widać nic prócz pól. Przeszło nam przez chwilę przez myśl, że faktycznie jazda tuk tukiem przez takie piaszczyste, nierówne bezdroża może być niełatwa…

Pochłonięty namowami nasz niedoszły przewodnik pogubił jednak drogę, co ostatecznie go pogrążyło. Musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce, odpalić nawigację i poprowadzić taksówkarza pod nasz hotel : D

Co ciekawe, gdy w dniu wylotu znowu pokonywaliśmy trasę na lotnisko okazało się, że zupełnie od drugiej strony, prowadzi tam szeroka, wygodna, asfaltowa droga! No ale tam trudniej byłoby postraszyć dzikimi bezdrożami ; )

Lokalne targi dla odważnych i ceny one dollar

Hotel Wheel Garden leży raczej dalej niż bliżej turystycznego centrum Siem Reap. Ma za to basen, który daje wytchnienie od gorącego powietrza. Ale nie tam skierowaliśmy pierwsze kroki ; ) Po szybkim zakwaterowaniu wyszliśmy poznać najbliższą okolicę. Po nieutwardzonych drogach śmigały skutery i tuk tuki zwinnie manewrując między pieszymi. Nad głowami wisiała plątanina przewodów elektrycznych w najlepszym azjatyckim wydaniu. W lokalu, który na pierwszy rzut oka przypominał jakiś warsztat mieścił się salon fryzjerski. W momencie poczuliśmy się jak w jakimś alternatywnym świecie. Na dodatek tuż przy naszym hotelu budził się do życia lokalny targ. Zupełnie jednak niepodobny do night marketów rodem z Tajlandii. Na niskich stolikach, przy temperaturze powietrza ponad 30 stopni leżało mięso, ryby czy inne stworzenia prawdopodobnie żyjące w wodzie. Nie brakowało też świńskich głów. Sprzedawcy spokojnie siedzieli nad prowizorycznymi ladami, co chwila przeganiając muchy. Nad targiem unosił się specyficzny zapach. Mieszanka dusznego, wilgotnego powietrza, surowego jedzenia i spalin. Zapach, który jednocześnie odpychał i przyciągał egzotyką.

Domi jeszcze wahała się czy nie spróbować jakiejś zupy pod warunkiem, że będzie wege jednak bariera komunikacyjna (propozycja wyłowienia spomiędzy mięsa samych warzyw i sosu ; )) ją powstrzymała i nasze oczy zwróciliśmy ku naleśnikom z bananami i kokosom. Opcja zawsze bezpieczna! Przy okazji poznaliśmy też kambodżański cennik dla turystów: ONE DOLLAR. Naleśnik, kokos, butelka wody, lody, pocztówka, magnes czy cokolwiek drobnego – zawsze one dollar. Po dwóch dniach przestałem nawet pytać ile co kosztuje, zamiast tego od razu wręczając sprzedawcy wielokrotność dolara lub 4.000 rieli w zależności od ilości kupowanych towarów. To tak gdyby ktoś twierdził, że w Kambodży jest mega tanio ; )

Cóż, wychodzi na to, że jeśli nie chcemy chodzić spać z pustymi żołądkami to musimy odwiedzać centrum Siem Reap. Lista ciekawych restauracji wyląduje zresztą niebawem na blogu.

Jak zostaliśmy rodzicami roku

A jak może skończyć się szukanie czegoś na własną rękę poza centrum? Na przykład tak jak nam. Zuzi często wieczorem włącza się gastro, więc wyszliśmy jeszcze raz z hotelu w nadziei na szybkiego naleśnika z bananem. Niestety targ się już zawijał, Pana Naleśnika nie było… a dziecko głodne. Poszliśmy wzdłuż ulicy w poszukiwaniu jakiegoś baru. W końcu coś znaleźliśmy. Podświetlone fioletowymi neonami wejście, przed którym siedziało kilka dziewczyn wpatrzonych w telefony, w środku spory ogródek a wokół niego loże. Hmm… pewnie za kilka godzina rozkręci się tu jakaś impreza pomyślałem, ale wejdziemy, chapniemy coś szybko i się zmywamy. Było pusto, co niespecjalnie nas zachęca do jedzenia w takim miejscu, ale Zuzia nie chciała słyszeć o powrocie, więc postanowiliśmy zamówić coś szybkiego.

Siadamy na skórzanych kanapach, przysiada się jakiś chłopak, który zachowuje się jakbyśmy byli kolegami z ławki z podstawówki, woła dziewczyny które przynoszą wiaderko z lodem. Próbuję mu powiedzieć, że chcemy tylko coś zjeść i spadamy, facet przyniósł nawet menu, choć był totalnie zaskoczony, że o coś takiego pytamy. W tym momencie zrozumieliśmy, gdzie trafiliśmy, więc Domi z miejsca ogłosiła odwrót, ku rozpaczy głodnej Zuzi.

I tak właśnie zabraliśmy dzieci do burdelu : D Nagroda rodziców roku pewna ; )

P.S. Historia ma happy end jakkolwiek to brzmi : D W drodze powrotnej udało się znaleźć Pana Naleśnika.

Kolorowe i gwarne centrum Siem Reap

W centrum Siem Reap też rozrywek nie brakuje. Na każdym kroku widać, że miasto rozwój opiera głównie na turystyce. Obok licznych budżetowych hosteli powstają luksusowe hotele otoczone wysokim ogrodzeniem. Liczne knajpki i restauracje zajmują kilka ulic, w czym prym wiedzie kolorowa i głośnia Pub Street. Tutaj rządzi komercja, ale to raczej nie wymysł Kambodżan by otwierać irish pub czy lokal serwujący włoską pizzę. Widać jest na to popyt. Tak jak i na Starbucksa w innej części miasta. My zdecydowanie wolimy knajpki z azjatyckimi daniami, plastikowymi krzesłami ogrodowymi i wiatrakiem skierowanym prosto na nas, zamiast klimatyzacji : D

Albo bardziej wyszukane, ale serwujące dania lokalnej kuchni. A jak do tego np. z czerwonymi mrówkami to już w ogóle super ; )

 

Wieczorem warto przespacerować się po oświetlonych mostkach, przekąsić smażonego chrząszcza czy skorpiona z jednego z licznych straganów a potem pójść na bazar Angkor Night Market kupić pamiątki. Dla wytrwałych są też muzea: Muzeum Min Lądowych, Muzeum Wojny i Muzeum Narodowe Angkoru.

W centrum bez problemu wynajmiemy też tuk tuka, który wozić nas będzie po Angkorze czy nad jezioro Tonle Sap. Podeszliśmy do jednego z kierowców, szybko ustaliliśmy warunki (ile dni, co chcemy zobaczyć i cenę oczywiście) i tak wynajęliśmy prawdziwy BAT TUK! : D Jak się później okazało, wyróżniający się tuk tuk na parkingu pełnym takich pojazdów to duży atut ; )

Ale do Angkoru pojedziemy w kolejnych wpisach ; )

J.

Wiza do Kambodży

Elektroniczną wizę można wyrobić aplikując na tej stronie. Ale uwaga, elektroniczna wiza nie jest honorowana części przejść lądowych. Jeśli lecicie do Kambodży nie problemu. Pełna lista przejść granicznych, gdzie e-wiza jest uznawana a gdzie nie, znajduje się pod tym linkiem.

Wizę otrzymamy na maila do 3 dni roboczych.

Koszt: 30 USD (wiza) + 6 USD (opłata manipulacyjna za e-wizę). Opłata manipulacyjna doliczana jest do każdej wizy, jeśli więc występujecie tak jak my o 4 wizy będzie to 24 USD.

Wiza jest ważna przez 90 dni, ale maksymalny okres pobytu to 30 dni. Wiza uprawnia też tylko do jednorazowego przekroczenia granicy!

Gdzie spaliśmy

W trakcie pobytu w Siem Reap mieszkaliśmy właśnie w Hotelu Wheel Garden. Hotel bardzo w porządku. Czysto, miła obsługa, dobre śniadania (kilka opcji do wyboru z karty m.in tradycyjna jajecznica, zupa czy makaron). Hotel otoczony mnóstwem zieleni. Jest też basen, gdzie przyjemnie można się orzeźwić po całodniowym zwiedzaniu. Hotel zlokalizowany jest poza centrum, dzięki temu jest cicho i spokojnie, ale kurs tuk tukiem do centrum to 3 USD (w jedną stronę). Coś za coś.

A jeśli skorzystacie z naszych rekomendacji noclegowych (albo wybierzecie coś innego) to będzie nam bardzo miło jeżeli dokonacie rezerwacji przez nasze linki (w tym wpisie albo korzystając z przekierowania z naszej strony głównej – banner Booking.com). Dla Was cena się nie zmienia a my otrzymujemy prowizję od serwisu za polecenie, które daje nam dodatkową satysfakcję z pracy nad blogiem : )