Jezioro Tonle Sap i pływająca wioska Kompong Phluk

Od rana padał rzęsisty deszcz. Na zmianę patrzyliśmy to w ekran telefonu z prognozą pogody, to w niebo. Prognozy zapowiadały przejaśnienia, ciemne chmury spowijające niebo temu przeczyły. Biorąc pod uwagę kompletny brak zaufania Domi do meteorologów postawiliśmy odpuścić zaplanowane zwiedzanie świątyń leżących na dużej pętli (grand circuit) Angkoru. Chodzenie po śliskich kamieniach i błocie w strugach deszczu delikatnie mówiąc nam się nie uśmiechało. Jednak czy wyprawa nad jezioro Tonle Sap jest pomysłem lepszym?

Kierowca naszego bat-tuka niewiele nam pomógł, kiedy zapytaliśmy go o opinię. Niby pokiwał głową, twierdząc że nie ma problemu. A jednocześnie jego mina mówiła: zapłaciliście to pojedziemy. Trochę jak z Japończykami, którzy gdy nie zrozumieją pytania to z grzeczności kiwają na „tak”. Pomoc to żadna, ale postanowiliśmy spróbować.

Okazało się, że nasz bat-tuk jest lepiej przygotowany na takie warunki niż sądziliśmy. My schowaliśmy się za rozwiniętymi „plandekowymi” ścianami a Mr Dara wyciągnął z ukrytego schowka wodoodporną pelerynę, którą na siebie narzucił i mogliśmy ruszać w drogę. Do pokonania mieliśmy około 30 kilometrów dzielące Siem Reap od Kompong Phluk. Bliżej znajduje się wioska Chong Kneas, jednak czytaliśmy sporo opinii, że tam turysta traktowany jest jak chodząca skarbonka a i sama osada jest mniej malownicza od innych, dalej położonych.

Dojazd do Kompong Phluk

Może to i lepiej, że przez niewielkie okienko w plandece nie widzieliśmy wszystkiego. Jechaliśmy poboczem drogi, która pewnie u nas miałaby status trasy szybkiego ruchu, mijani przez o wiele szybsze samochody osobowe, busy i ciężarówki. Przypomniała nam się nasza wycieczka tuk tukiem do Wat Muang w Tajlandii : ) Po kilkunastu minutach jazdy w niesłabnącym deszczu, patrząc na ciemne chmury wiszące nad miejscem, do którego zmierzaliśmy byliśmy nawet gotowi zawrócić. Jednak tym razem kierowca stanął na wysokości zadania i pokiwał żeby jechać dalej : )

Po kilkudziesięciu minutach zjechaliśmy na lokalną, zupełnie-nie-asfaltową drogę prowadzącą do wioski. Wbrew obawom tuk tuk ani razu nie utknął w grząskiej nawierzchni a do tego deszcz jakby trochę zelżał.

Po mniej więcej godzinie od startu dotarliśmy do punktu, gdzie należy wykupić rejs po jeziorze organizowany przez lokalną społeczność (cena 25 USD/osobę, dzieci za darmo). Podjeżdżamy do miejsca skąd wypływają łodzie. Na pokładzie tylko my i młody chłopak, który po odpaleniu starego diesla usiadł za sterem. Kopcimy i wypływamy. Deszcz znowu intensywnie pada, na szczęście łódź jest zadaszona. Po raz kolejny wychodzi na to, że meteorolodzy to zwykli szarlatani : D

Jezioro Tonle Sap

Tonle Sap to największy zbiornik słodkowodny Azji Południowo – Wschodniej. Jego powierzchnia jest ściśle uzależniona od pory roku i wynosi od 2,5 do 15 tys. km2. Z Tonle Sap wypływa rzeka o tej samej nazwie co jezioro, będąca dopływem Mekongu. W porze deszczowej zachodzi jednak nietypowe zjawisko i rzeka ta odwraca swój bieg. Wtedy to poziom Mekongu znacznie się podnosi wtłaczając wodę również do rzeki Tonle Sap. „Cofka” dociera aż do jeziora, które rośnie jak w piosence o baloniku. Jednocześnie wraz z wodą z Mekongu do jeziora wpadają ryby, w takiej ilości że Tonle Sap to jedno z najbardziej zasobnych w ryby słodkowodnych zbiorników na świecie. Roczne połowy wynoszą około 200 tysięcy ton i szacuje się, że jezioro „karmi” 3 miliony ludzi zamieszkujących okolice Tonle Sap. Zmieniający się stan wód zmusza część mieszkańców pływających wiosek trudniących się rybołówstwem, by nawet kilkukrotnie w ciągu roku zmieniali miejsca zamieszkania.

Pływające wioski

Najpierw mijamy pojedyncze domy na wodzie. Po kilku minutach płyniemy już przez wioskę, gdzie w dwóch rzędach, ciasno jeden obok drugiego, stoją domy na kilkumetrowych palach. Niektóre z nich wyglądają jak lepsza wersja szałasu z patyków i blachy falistej, ale większość piętrowe bliźniaki z werandami ozdobionymi donicami z kwiatami. Przy każdym oczywiście stoi przycumowana łódź.

 

 

Kompong Phluk to osada całoroczna, jednak w porze suchej, gdy poziom wody w okolicy wioski bardzo się obniża, miejscowi rybacy przenoszą się do tymczasowych chat budowanych w głębi jeziora.

Wioskę Kompong Phluk zamieszkuje 3 tysiące osób. Niewielu z nich jesteśmy jednak w stanie dostrzec. Padający obficie deszcz prawdopodobnie skutecznie skłonił większość mieszkańców do ukrycia się gdzieś pod dachem. Zamiast tętniącej życiem wioski, tylko gdzieniegdzie widzimy, jak ktoś coś grzebie przy silniku łodzi, ktoś inny układa sieć, a matka z córką przyrządzają jakiś posiłek. Co jakiś czas widać bawiące się pod zadaszeniami małe dzieci. Te większe płyną łodziami wiosłując w stronę szkoły. Albo może już z niej wracając. Szkoła, podobnie jak kościół również „pływają”.

Trzeba jednak pamiętać, że pływające wioski na Tonle Sap to nie skanseny dla turystów z zaimprowizowanymi scenkami z życia. Ci ludzie żyją tutaj naprawdę, od wielu pokoleń. I choć pewnie już przywykli do wycelowanych w nich obiektywów, a część z nich czerpie z takich wizyt jakieś korzyści, to mimo wszystko wypadałoby uszanować ich prywatność.

Lasy namorzynowe

Dopływamy do miejsca, gdzie jezioro porasta las namorzynowy. Na chętnych by popływać po zatopionym lesie czekają kobiety w niewielkich łódeczkach. Cena za wycieczkę to 10 USD. Znowu trafia się krótkie okienko pogodowe (prawie) bez deszczu, więc bez zastanowienia pakujemy się do łódki i pływamy pomiędzy wyrastającymi z wody i pogiętymi jak w jakiś horrorach konarami ; )

W pewnym momencie nasza przewodniczka podaje nam cztery banany. Zuzia patrzy, szybko coś liczy i stwierdza: o! dostaliśmy po równo, ja dwa i Zosia dwa. Przynajmniej o siostrze pomyślała ; )

Obowiązkowym punktem na trasie jest też niestety przystanek przy łodziach – sklepikach. Słyszymy historyjki o kobietach, które pracują by utrzymać i kształcić dzieci. Przy czym nie chodzi tylko o kupienie czegoś, a o kupienie i oddanie tego produktu. Świetny model biznesowy. Niechętnie, ale płacimy 3x cenę za 2 paczki oreo, jedną dla nas, drugą dla tych dzieci, którą pewnie jeszcze wielokrotnie kupią i oddadzą kolejni turyści. A mówią, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka. Godzimy się jednak na taką transakcję, bo w proceder nie są zaangażowane dzieci a to robi różnicę.

Odpowiedzialna pomoc

Generalnie, mieliśmy sporo obaw przed przyjazdem do Kambodży odnośnie żebrzących dzieci. Ku naszemu zdziwieniu już na lotnisku a potem np. przy niektórych świątyniach spotykaliśmy tabliczki z prośbą o nie dawanie pieniędzy czy nie kupowanie nic od dzieci. Często taka płynąca z serca chęć pomocy czyni więcej złego niż dobrego. W internecie nie brakuje opisów sytuacji, gdy właśnie nad Tonle Sap turystów zabierano do „szkoły”, gdzie dzień w dzień ogrywana była ta sama scenka. Dzieciaki prosiły o materiały szkolne i jakieś jedzenie, które przypadkiem można było nabyć w sklepiku obok. Turyści, szli i kupowali stawiając sobie plusik, że tego dnia zrobili coś dobrego dla innych. Tymczasem towar wracał do sklepów, dzieci lub ich rodzice za dobrze odegraną scenkę dostawali pieniądze i tak w kółko. Podczas naszego pobytu, poza opisaną sytuacją na łódkach, widywaliśmy dzieci w świątyniach sprzedające pocztówki czy magnesy, jednak były to raczej pojedyncze przypadki. Zdecydowanie częściej spotykaliśmy dzieci w mundurkach zmierzające do szkół, więc widać światełko w tunelu : ) Świadomość turystów by wspierać odpowiedzialnie i rodziców by inwestować w edukację potomstwa wzrasta.

Po wycieczce po lesie namorzynowym wypływamy na chwilę na szerokie wody jeziora i ruszamy w drogę powrotną. Na zwiedzanie ruin najstarszych świątyń królestwa Khmerów, czyli leżącego niedaleko kompleksu o nazwie Grupa Roluos nie znajduje chętnych : D

Mało tego, nieopatrznie coś obiecałem za taką deszczową wyprawę i w ramach wynagrodzenia wieczorem miałem zabrać dziewczyny na elegancką kolację obfitującą w dania kuchni khmerskiej w nowoczesnym wydaniu. I lody albo deser oczywiście też ; ) Ale to już inna historia…

J.