Tatry Niżne – szlakiem graniowym z Chopoka na Dziumbier

Jak przystało na wzorowych rodziców, już po dwóch tygodniach nauki zafundowaliśmy naszej pierwszoklasistce pierwsze w życiu wagary. Korzystając z prawdopodobnie ostatnich naprawdę ciepłych a przy tym jeszcze w miarę długich, wrześniowych dni ruszyliśmy na kilka dni w słowackie góry. By w tym dziwnym 2020 roku, gdy świat stanął na głowie nacieszyć się jeszcze przestrzenią i wolnością, pooddychać świeżym powietrzem, zanim koronawirus wspierany przez smog zamknie nas znowu w domach na długie jesienne i zimowe miesiące bez możliwości ucieczki w egzotyczne kierunki.

Czy Tatry Niżne naprawdę są niskie?

Uwielbiamy górskie wędrówki, jednak odkąd nasze dziewczyny wyrosły z nosideł nasze możliwości w tym zakresie są ograniczone. Tymczasem Tatry Niżne wbrew swojej nazwie wcale takie niskie nie są a dzięki infrastrukturze wyciągowej największego ośrodka sportów zimowych na Słowacji – Jasna, szczyty tego pasma są dostępne także dla osób planujących wędrówkę z dziećmi.

A skąd taka nazwa tego pasma górskiego? Z błędnego tłumaczenia. Pierwotnie góry te zostały nazwane jako Niżnie Tatry, co odnosiło się do ich położenia względem Tatr Wysokich – patrząc na mapę znajdowały się poniżej Tatr Wysokich. W efekcie błędów w tłumaczeniu Tatry Niżnie stały się Tatrami Niżnymi, czyli Niskimi.

W planach mieliśmy pokonanie trasy biegnącej graniami liczącej 11,5 km (800 m przewyższeń) oraz zdobycie trzech dwutysięczników: Chopok, Deresze i Dziumbier. Ambitnie, ale byliśmy dobrej myśli. A co z tego wyszło?

Wyciągiem pod szczyt Chopoka

Prognozy pogody były optymistyczne. Bezchmurne niebo i ciepło, zaniepokoiły nas jedynie poranne temperatury w granicach 0-2 C na szczycie Chopoka. Zmarzniemy, spadnie morale, nie ma co ryzykować. Zamiast więc wyruszyć z samego rana, uznaliśmy że lepiej się wyspać dłużej ; )

Pod dolną stację Bela Put dotarliśmy więc dopiero około 10. Nie wzięliśmy pod uwagę faktu, że dotarcie do górnej stacji (przynajmniej od strony północnej) wymaga skorzystania z aż trzech wyciągów. Najpierw czekał na nas dość krótki, ale bardzo powolny wyciąg krzesełkowy. Następnie prawie pół godziny czekania by wejść do wagonika monoraila. Oczekiwanie na kolejkę umilały płynące z głośników komunikaty w języku słowackim i angielskim o pandemii i zachowaniu środków ostrożności. Kiedy dziewczyny usłyszały covid, spojrzały na siebie i powiedziały: to rozumiemy a nam zrobiło się smutno, z powodu czasów które nadeszły i piętna jakie mogą zostawić w psychice dzieci.

Ostatni fragment pokonujemy szybką kolejką gondolową. Gdy wreszcie docieramy na górną stację było już po 11stej. Mistrzowie chodzenia po górach. A jednak jeszcze nie to było najgorsze. Jak totalni amatorzy, nie pomyśleliśmy wcześniej żeby sprawdzić godziny kursowania kolejki. I tu wielkie zaskoczenie, ostatni kurs zjazdowy mamy o 15.30. Szybka weryfikacja planów, odpuszczamy Deresze i z Chopoka kierujemy się prosto na Dziumbier skracając trasę o ok. 2,5 km i licząc naiwnie, że jakimś cudem się wyrobimy.

Czerwonym szlakiem z Chopoka na Dziumbier

Najpierw jednak wchodzimy na wierzchołek Chopoka (2024 m n.p.m.) żeby przynajmniej jeden dwutysięcznik mieć już zaliczony ; )

Ze szczytu nie da się iść dalej, trzeba zejść tą samą ścieżką. Schodzimy więc i ruszamy czerwonym szlakiem przechodząc obok schroniska Kamenna chata. Ścieżka nie jest szczególnie wymagająca, jest szeroko, bez ostrych podejść, ale jednocześnie można skakać z kamienia na kamień, więc wydaje się nam, że tempo mamy nie najgorsze.

Po 1,5 godziny dochodzimy na Przełęcz Demianowską (Demänovské sedlo) skąd roztaczają się bajeczne widoki. Mawia się, że jest to najpiękniejszy szlak wysokogórski Słowacji a jednocześnie punkt widokowy, z którego widać połowę kraju i szereg pasm górskich od Wielkiej Fatry po Tatry Wysokie.

Po kolejnych 30 minutach docieramy na Krupową Halę (Krúpova hoľa). Stąd na Dziumbier jest już tylko 20 minut. Widzimy szczyt, jest na wyciągnięcie ręki. Serce mówi: idziemy, jakoś damy radę wrócić. Ale chyba tylko ja słyszę ten głos : D Patrzymy na zegarek, liczymy i pomimo szczerych chęci nie ma nawet matematycznych szans żebyśmy zdążyli na kolejkę, więc trzeba jeszcze dodać czas na zejście. Wygrywa rozsądek. Ataku szczytowego dziś nie będzie. Zanim jednak ruszymy w drogę powrotną siadamy na chwilę delektując się widokami na górskie kotliny, jezioro Liptowska Mara, rozległe połacie zieleni gdzieś w oddali, za którymi wznoszą się już tylko Góry Choczańskie i Tatry Wysokie.

Pod Przełęcz Demianowską wracamy tym razem szlakiem zielony i żółtym, wytyczonymi po północnej stronie zbocza. Szlak jest bardziej wymagający niż czerwona alternatywa, ale widoki wynagradzają trud.

Tym razem na Przełęczy jest już pusto. Czy naprawdę tylko my nie sprawdziliśmy wcześniej godzin kursowania kolejki? : D Ciepłe promienie wyraźnie opadającego słońca towarzyszą nam całą drogę powrotną aż do Kamennej chaty. Gdy do niej docieramy bez większej nadziei zaglądamy do środka, tym razem jednak czeka nas miłe zaskoczenie. Zdążymy jeszcze zjeść zupę kapustową przed zamknięciem lokalu i nabrać sił przed schodzeniem.

Długa droga w dół

Ruszamy ścieżką oznaczoną kolorem niebieskim, która rano z perspektywy gondoli wyglądała na znacznie bardziej komfortową. Po kilkudziesięciu minutach ścieżka kończy się. A raczej to my nieświadomie zbaczamy ze szlaku odbijającym w las, decydując się iść wzdłuż wyciągu i schodzić trawiastą polaną.

Wydaje się, że dolna stacja gondoli jest na wyciągnięcie ręki, tymczasem upływające minuty wydają się niemal nie przybliżać do celu. Zosia zamiast schodzić woli się turlać. Zuzia po raz setny pyta czy na pewno nie ma tu wilków. Spod dolnej stacji gondoli schodzimy kolejną, stromą polaną już wspomagani latarką. Kolejny raz zapewniamy Zuzię, że wilki tak blisko ludzi nie podchodzą i w tym samym momencie słyszymy jakieś wycie : D Na szczęście to pies, ale gdy wchodzimy na ostatnią, oświetloną prostą wzdłuż wyciągu krzesełkowego wszyscy czujemy ulgę. Plan też wykonany, przeszliśmy prawie 15 km, tylko tych dwutysięczników jakby nieco mniej na koncie ; )

Informacje praktyczne

Aktualne godziny kursowania kolejek oraz cennik najlepiej sprawdzić tu.

Nocleg

W trakcie wyjazdu w Tatry Niskie zatrzymaliśmy w Apartman Toscana w Liptowskim Mikulaszu. Apartament jest przestronny, zadbany i dobrze wyposażony (lodówka mogłaby być większa). Z racji położenia nie czuć górskiej atmosfery, ale za to bardzo blisko są m.in. większe markety. A jeśli poza Tatrami Niskimi i jaskiniami planujecie również odwiedzenie Doliny Prosieckiej i Kwaczańskiej to jest to bardzo dobra baza wypadowa po okolicy.

 A jeśli skorzystacie z naszych rekomendacji noclegowych (albo wybierzecie coś innego) to będzie nam bardzo miło jeżeli dokonacie rezerwacji przez nasze linki (w tym wpisie albo korzystając z przekierowania z naszej strony głównej – banner Booking.com). Dla Was cena się nie zmienia a my otrzymujemy prowizję od serwisu za polecenie, które daje nam dodatkową satysfakcję z pracy nad blogiem : )

J.