Mała Fatra – Wielki Krywań i Janosikowe Dziury

Tym razem nie będzie przepisu na orientalne danie, a na udany weekend w górskim otoczeniu tuż za naszą południową granicą. Konkretnie na Słowacji. By w pełni skorzystać z przepisu potrzebne będą: co najmniej dwa dni (porcja minimalna, niektórzy mogą czuć niedosyt), dobra pogoda, buty trekkingowe i odpowiednie towarzystwo. Mogą być dzieci, bo dania są lekkostrawne.

My wybraliśmy się na 3 dni, z czego pół dnia przeznaczyliśmy na wypad do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów wioski Cicmany, której należy się osobny wpis.

Gdzie nocować – Terchowa, Stefanowa a może Bela?

Zamieszkaliśmy w miejscowości Bela, jednak dla niezmotoryzowanych lepszą lokalizacją będzie główne miasteczko regionu Terchova lub wioska Stefanowa, skąd pieszo można dotrzeć do głównych szlaków. A zmotoryzowanym możemy szczerze polecić nasz nocleg – apartament w domu wolnostojącym w cichej okolicy. Rezerwując ma się do dyspozycji na wyłączność dom z ogrodem. Apartament jest wyposażony we wszystko co potrzebne, a do tego w ogrodzie pod zadaszeniem jest kominek, zapas drewna oraz zestaw ogrodowy, więc grzechem byłoby wieczorem nie zrobić grilla ; )

Choć z tą cichą okolicą to różnie może być, co jasno wytłumaczyła mi Zuzia, gdy czekając na spodziewaną poprawę pogody i zejście mgieł dzień rozpoczęliśmy od porannej rozgrzewki – skakania na trampolinie. Gdy bez większej nadziei na jakikolwiek trwający dłużej niż 10 sekund efekt rzuciłem: dziewczyny trochę ciszej, ludzie jeszcze mogą spać a to taka cicha okolica…

Zuzia bez namysłu odpowiedziała: tata, była cicha dopóki my spałyśmy.

Także tego, miejsce polecamy a kto przyjeżdża w góry żeby długo spać?

Janosikowe Dziury – zbójnicki szlak

Na przystawkę wybraliśmy Janosikowe Dziury – szlak, który nie przypadkiem nazwany jest imieniem słynnego zbójnika. Juraj Janosik urodził się właśnie we wsi Terchowa. Służąc w armii austriackiej poznał harnasia lokalnej bandy zbójników, którego najpierw uwolnił, a potem sam się przyłączył do grupy szybko stając na jej czele. Kariera nie trwała długo bo ledwie trzy lata, ale Janosik na stałe zapisał się w historii i kulturze jako pozytywny bohater ludu. Choć z tym dzieleniem się łupami z biednymi to tak chyba kolorowo nie było. Widać zapotrzebowanie na bohatera wzięło górę nad faktami ; )

Wracając jednak na zbójnicki szlak, Janosikowe Dziury to miejsce, gdzie można spędzić kilka godzin albo cały dzień kontynuując wędrówkę na Mały, a potem Wielki Rozchulec – ikonę pasma Małej Fatry.

Szlak zaczyna się w miejscowości Biały Potok przy parkingu (płatny 5 euro). Już po kilkuset metrach zaczyna robić się ciekawie. Mostki, schodki, kładki. Szlak wiedzie krętą doliną, gdzie w cieniu wysokich skał wije się potok. Zdjęcie tu, zdjęcie tam. W takich okolicznościach przyrody nietrudno przegapić rozwidlenie szlaków : D Bo Janosikowe Dziury składają się z trzech części: Dolnych Dziur, Nowych Dziur i Górnych (Horne) Dziur.

Dolne Dziury (szlak niebieski) prowadzą od Białego Potoku do Koliby Podziar, czyli chaty z gastronomią na górskiej polanie. Szlak ten w przeciwieństwie do Nowy Dziur jest dwukierunkowy, więc jeśli ktoś, tak jak my, planuje dojść jedynie do punktu Podziar to na rozwidleniu warto skręcić w lewo, czyli zejść żółty szlak oznaczający Nowe Dziury. Dlaczego? No właśnie dlatego, że Nowe Dziury pokonać można tylko w „górę” a szlaki żółty i niebieski łączą się ponownie w okolicach wspomnianej chaty na polanie.

Poziom trudności Dolnych Dziur w skali od 1 do 100 oceniamy na 4. Może 4 i pół ; ) A ich przejście zajmuje kilkadziesiąt minut. Za szybko by kończyć wędrówkę. Na obiad też za wcześnie. Postanowiliśmy więc spod chaty zawrócić do rozwidlenia i tym razem przejść Nowe Dziury by wrócić do punktu wyjścia : )

 

Nowe Dziury (szlak żółty) są nieco bardziej wymagające. Ale tylko trochę. Zuzia bez problemu przeszła, dla niej od zawsze im trudniej, tym lepiej. Taka nasza kozica. Dla odmiany Zosia woli być przytulona jak każdy szanujący się koala ; )

Na początkowym etapie jest kilka drabin do pokonania, obok których spływa z góry strumień. Dalej ścieżka prowadzi przez las i wspina się niewielkie wzgórza by w końcu trafić na znajomą już polanę, gdzie można odpocząć i coś zjeść.

Górnych Dziurach z autopsji nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć. Z relacji innych wynika, że tamten szlak to już inna półka. Drabiny, klamry, łańcuchy itp. Może za kilka lat tu wrócimy, ale tym razem nastawialiśmy się przede wszystkim na danie główne!

Czerwonym szlakiem na Wielki Krywań

W miejscowości Terchova skręcamy na drogę prowadzącą do doliny Vratnej. Kilka kilometrów dalej, na jej końcu znajduje się spory parking, gdzie tym razem bezpłatnie, możemy zostawić auto.

Dalej można już tylko iść pieszo albo wjechać na szczyt kolejką gondolową, której dolna stacja znajduje się tuż obok parkingu. Pewnie pierwsza opcja znajdzie swoich amatorów, jednak jeśli akurat nie przygotowujesz siebie i dzieci do jakiegoś ultragórskiego maratonu armagedonu, to wybierz gondolę. Zaoszczędzone dwie godziny, jakie zajęłoby żmudne i monotonne podejście, lepiej wykorzystać na podziwianie pięknych krajobrazów.

Gondolą w kilka minut wjeżdżamy na wysokość 1 490 m n.p.m. Podchodzimy na Snilovskie sedlo (1 524 m n.p.m.), skąd jak na dłoni widzimy jaką trasę mamy do pokonania – malowniczy, czerwony szlak. Idąc w prawo możemy zdobyć najwyższy szczyt tego pasma czyli Wielki Krywań. W lewo, wędrować grzbietami Małej Fatry. Dziewczyny jeszcze nie wiedziały, że w planach „mieliśmy” jedno i drugie : D Zaczęło się jednak mało obiecująco…

Łagodne podejście, lekko pod słońce obniżyło morale Zuzi, którą momentalnie zaczęły boleć nogi. Ból musiał być ogromny, co chwilę wręcz zwalał z nóg ; ) Ale jesteśmy jak marines, nie zostawiamy swoich, nawet tych bezsilnie leżących na prostej ścieżce : D

Na szczęście drugi etap podejścia jest już trochę bardziej wymagający, lekko stromy i z kamieniami. Siły więc szybko wróciły i zdobyliśmy Wielki Krywań (1 709 m n.p.m.) głośno przy tym śpiewając „Hej, sokoły”, czego domagała się Zosia, która tradycyjnie dzielnie całą trasę pokonała… w nosidle.

Chłodny wiatr nie zachęcał do pozostania na szczycie zbyt długo, więc po najmniejszej jednostce czasu zwanej „parę zdjęć” ruszyliśmy z powrotem w kierunku Snilovskiego sedla. Taka wycieczka „tam i z powrotem” łącznie z krótkim pobytem na szczycie nie powinna zająć więcej niż 1,5 godziny.

Czerwonym szlakiem przez Chleb na Południowy Gruń

Spod Snilovskiego sedla rozpoczyna się także prawdopodobnie najpiękniejsza trasa Małej Fatry. Szlak prowadzi otwartym grzbietem łącząc ze sobą kolejne górskie wierzchołki: Chleb, Hromove, Steny, Południowy Gruń. Według znaków przejście na Południowy Gruń powinno zająć około 1,5 godziny. Nam zajęło znacznie dłużej i żadnej minuty nie żałujemy ; )

  

Widoki – bajka. Jest pięknie aż nagle gdzieś „z dołu” dochodzi do nas ryk. Po chwili odpowiada mu drugi. Głośny i groźny. Niedźwiedzie! No bo co innego? Co robić? Iść dalej wiedząc, że będziemy schodzić idąc przez las czy wracać na kolejkę? Idziemy dalej. Znowu ryk. I kolejny. Może jednak tutaj szałas zbudujemy? : D Mijając się z kimś, pytamy czy też słyszeli TE niedźwiedzie? Niedźwiedzi nie, ale za to jelenie tak, usłyszeliśmy w odpowiedzi. No więc teraz już wiemy, że w Małej Fatrze żyją jelenie, a okresowo na szlakach można spotkać parkę łosi z młodymi : D

Ostatnim wierzchołkiem zdobytym podczas tej wędrówki był Południowy Gruń (1 460 m n.p.m.). Szlak prowadzi dalej na Stoh, Wielki Rozsutec i Mały Rozsutec. Ale my na łatwiznę nie poszliśmy i podjęliśmy większe wyzwanie, jakim okazało się zejście stromym zboczem.

By dotrzeć do restauracji przy dolnej stacji wyciągu trzeba pokonać prawie 500 metrów różnicy poziomów. Zimą byłoby łatwiej, bo to trasa narciarska. Teraz każdy krok stanowił wyzwanie. Trawa była śliska, gdzieniegdzie pokryta błotem. Zuzia co chwilę zjeżdżała, co oczywiście sprawiało jej wielką radość. Nam większą patrzenie na przeróżne techniki prezentowane przez innych: zygzaki, schodzenie bokiem, tyłem. Szybko, wolno. Z kijkami i bez. Jakby trudności było mało, Zosia upominała się z nosidła żeby tak jej nie podrzucać ; ) Po tym zejściu byliśmy wykończeni i na widok wypłaszczenia cieszyliśmy się tak, jak dziewczyny na widok placu zabaw. Różnica była taka, że Zuzia na plac zabaw pobiegła, a my niekoniecznie :D Głodni za to byliśmy wszyscy.

Ostatni etap to półgodzinny marsz przez las, gdzie dopingował nas zapadający zmierzch. No i ta mimo wszystko potencjalna bliskość niedźwiedzi ; )

A co zrobiła Zuzia jak wróciliśmy do domku? Poszła skakać na trampolinie! To tak, gdyby ktoś chciał do nas wzywać „mopsa” że dzieci męczą : P

Zamek Streczno i przeprawa przez rzekę Wag

Na deser zostawiliśmy sobie zamek Streczno. Zamek leży na wyniosłej, ponad 100-metrowej skale wznoszącej się tuż nad brzegiem rzeki Wag. Na przeciwległym brzegu niż pasmo górskie, co jest o tyle istotne, że najbliższy most jest dopiero w Żylinie, więc trochę kilometrów trzeba nadrobić. Jadąc zobaczyliśmy jednak drogowskaz kierujący na zamek, który „na oko” pozwalał zaoszczędzić dobre pół godziny. Wbrew podpowiedziom gps’a zjechaliśmy we wskazanym kierunku. Dla pewności rzut oka na mapę, faktycznie jakiś mostek jest, może go wcześniej nie zauważyłem. Nie sprawdzimy, to się nie dowiemy : P Po kilkunastu minutach zobaczyliśmy pięknie położony zamek. Jest też rzeka. A most? Jest, ale kolejowy : D Ale przecież te znaki nie mogły być bez powodu. Pokręciliśmy się po okolicy i odkryliśmy przeprawę wodną! W poprzek rzeki kursuje platforma, na której jednorazowo może zmieścić się ok. 4 pojazdów. Koszt? Kilka złotych! Radość dzieci, że płyniemy swoim autem bezcenna :D A myśleliśmy, że takie rzeczy tylko w Śwince Peppie ; )

U podnóża zamku powstało coś na kształt niewielkiego skansenu.

Było poniedziałkowe przedpołudnie, a my byliśmy jedynymi zwiedzającymi, mimo to musieliśmy odczekać do ustalonej godziny aż przyjdzie nasz prywatny przewodnik.

W przeszłości zamek był jedną z bezpieczniejszych twierdz w regionie, jego załoga strzegła przeprawy przez Wag, pobierając przy tym stosowne myto. W XVII w. ówcześni właściciele zamku, ród Wesselényi, uczestniczyli w powstaniu antyhabsburskim, co ani dla rodu, ani dla twierdzy nie zakończyło się pomyślnie. Opuszczony zamek popadł w ruinę aż do czasu jego kompleksowej rekonstrukcji w drugiej połowie XX w. Trasa zwiedzania obejmuje bramy, dziedziniec otoczony murami, sale z ekspozycjami i kaplicę. A przede wszystkim wieżę zamkową z tarasem widokowym, skąd można podziwiać piękne panoramy z meandrującą rzeką w dole i pociągami wyglądającymi z tej perspektywy jakby to były miniaturki jeżdżące po makiecie.

J.