Cicmany – słowacka wioska wapnem malowana

Trudno uwierzyć, że takie miejsca nadal jeszcze można znaleźć. Do tego całkiem niedaleko, bo niespełna 100 kilometrów od Zwardonia, gdzie przekraczamy granicę ze Słowacją. Jeszcze trudniej uwierzyć, że miejsce to zdołało zachować swój charakter i tradycje, jakby zupełnie niezależnie od przybyszy zaglądających przez drewniane płoty. Jeśli ktoś planuje wypad do Małej Fatry, koniecznie trzeba zarezerwować kilka godzin na odwiedzenie niezwykłej wioski Cicmany.

Cicmany słyną z charakterystycznych białych ornamentów zdobiących drewniane chaty. Pierwsze skojarzenie? Te domki są zrobione z piernika! W przeszłości domownicy, przeważnie kobiety, początkowo gliną a później wapnem ozdabiały narożniki chat, chroniąc w ten sposób belki przed wilgocią i słońcem. Z czasem zdobienia zaczęły pokrywać całe powierzchnie ścian.

W I połowie XX w. Cicmany kilkukrotnie trawiły pożary, z czego najdotkliwszy w skutkach miał miejsce w 1921 roku. Nad odbudową czuwał Dušan Jurkovič, architekt i pasjonat sztuki ludowej. Ogłoszono wówczas konkurs na najpiękniej odrestaurowany dom i wtedy gospodynie poszły na całość. Garściami sięgnęły po wzory wykorzystywane w tutejszych haftach zdobiących stroje ludowe czy obrusy i przeniosły je na ściany. I tak wędrując po Cicmanach odnaleźć można m.in. „dzikie fale”, „baranie rogi”, „wykrętki”, „serca”, „koguty” a nawet „dupki kurczaka”. Wszystko zostało opisane na tablicy informacyjnej znajdujące się w wiosce.

Wieś uznana została przez UNESCO za Rezerwat Architektury i Kultury Ludowej, który tworzy 136 drewnianych domów. Najbardziej znany to dwupiętrowy Dom Radena (Radenov dom) oraz sąsiedni Dom Grzegorza (Gregorov dom). Warto jednak pospacerować bocznymi uliczkami.

Nie odnosimy wrażenia, że to wszystko urządzono tu na pokaz. Wioska żyje własnym życiem, w swoim tempie. W Cicmanach byliśmy w jeden z wrześniowych poniedziałków. Muzeum etnograficzne mieszczące się we wspomnianym Domu Grzegorza było już nieczynne, jedyny sklep z pamiątkami jaki znaleźliśmy też zamknięty był na cztery spusty. Całe szczęście, że chyba w jedynej(!) restauracji udało się zjeść obiad ; ) Tutaj nie rządzi komercja czyhająca na każdym rogu na przyjezdnych. Wręcz przeciwnie, aż chciałoby się kupić jakiś lokalny przysmak wyrabiany tradycyjnymi metodami albo przynajmniej magnes z charakterystycznymi ornamentami. Tymczasem nic z tego.

Spotykani mieszkańcy przyzwyczajeni już pewnie do bycia „podglądanym” pracują w przydomowym warsztacie, starsi siedzą na ławce przed domem słuchając jakiejś audycji w radiu. Widać, że w przynajmniej w części chat toczy się normalne życie, bez upiększania i koloryzowania. Chyba, że za takie uznać stojące na parapetach donice z kwiatami.

Albo świeżo opadnięte jabłka leżące pod przy płotach. Im nie mogliśmy się oprzeć, podnieśliśmy kilka czując się jak dzieci podkradające owoce z drzewa sąsiada. Chwila napięcia i… nie nikt nas nie goni z widłami :D Miejsce jest bezpieczne, możecie przyjeżdżać ; )

J.