Kuala Lumpur – praktycznie i subiektywnie

Pożegnaliśmy się z Kambodżą by rozpocząć malezyjski etap podróży. Z dżungli oplatającej świątynię Ta Prohm i ruin pamiętających czasy świetności imperium Khmerów, gdy Angkor był największym miastem świata mieliśmy trafić do miejskiej dżungli Kuala Lumpur. Miasta, którego jeszcze dwieście lat temu nie było na mapach świata.

Kuala Lumpur. Ta nazwa ma w sobie coś egzotycznego. Brzmi niczym zaproszenie na przygodę w tropikach. Zgodnie stwierdziliśmy, że kojarzy nam się ona z prognoz pogody emitowanych w telewizji, gdy na końcu wyświetlano plansze z temperaturami w różnych zakątkach świata. Zawsze pojawiało się tam właśnie Kuala Lumpur z grafiką słoneczka i temperaturami powyżej 30 stopni.

Czy rzeczywistość udźwignie ten bagaż oczekiwań czy może o mieście więcej mówi jego nazwa, ale nie melodyjne Kuala Lumpur, a dość przyziemne jej tłumaczenie. Kuala Lumpur oznacza bowiem błotniste ujście (miasto wyrosło w ujściu dwóch mulistych rzek: Kelang i Gombak) i bardziej pasuje do jakiegoś niespecjalnie urodziwego zakątka Śródziemia ze świata Tolkiena niż do szybko rozwijającej się, wielokulturowej metropolii, którego ikoną są (nomen omen) dwie wieże… czyli Petronas Towers. By się o tym przekonać najpierw musieliśmy się dostać z lotniska do miasta.

Jak dojechać z lotniska KLIA / KLIA2 do Kuala Lumpur

Lotnisko międzynarodowe w Kuala Lumpur dzieli się na dwie części zwane KLIA oraz KLIA2, które dzieli dystans ok. 2 km. KLIA obsługuje tradycyjne linie lotnicze. Na KLIA2 traficie jeśli do stolicy Malezji przylecicie za pośrednictwem tzw. tanich linii lotniczych, tak jak my lecąc na pokładzie samolotu linii Air Asia.

Po dość długim oczekiwaniu w kolejce na kontrolę paszportową (niestety widok dzieci nie skłonił nikogo do przesunięcia nas do jakiejś priority line, jak stałoby się w Tajlandii i wielu innych azjatyckich krajach), ogarnięciu bagaży i zakupieniu karty sim, wreszcie wyszliśmy z lotniska wprost do… dużej galerii handlowej. Z głośników płynęła świąteczna muzyka a witryny sklepowe i korytarze pełne były choinek i świątecznych dekoracji. Na chwilę zapomnieliśmy o upale panującym na zewnątrz i obiecanej egzotycznej przygodzie a poczuliśmy nastrój zbliżających się Świąt.

W trakcie przygotowań zupełnie umknęło mi, że lotnisko oddalone jest od centrum Kuala Lumpur o prawie 70 km, więc zrobiliśmy małe zakupy (w galerii jest m.in. 7-eleven, kawiarnie i restauracje, a ceny są tam normalne a nie „lotniskowe”), siedliśmy przy kawie i zaczęliśmy sprawdzać opcje dojazdu, których jest kilka.

  • Szybka kolej KLIA express, której peron znajduje się na dolnym poziomie galerio-lotniska. Czas przejazdu do stacji KL Sentral to zaledwie ok. 30 min. Jest to więc wygodna i szybka opcja, zwłaszcza jeśli mamy hotel gdzieś w pobliżu głównego dworca kolejowego w Kuala Lumpur. Ceny za przejazd są jednak dosyć wysokie (dorośli – 55 RM, dzieci w wieku 6-15 lat – 25 RM), więc i już przy dwóch osobach dorosłych za tę samą czy zbliżoną kwotę dojedziemy prosto do hotelu taksówką
  • Taxi – by skorzystać z tej opcji najpierw należy zakupić tzw. taxi coupon. Według oficjalnego cennika dojazd z lotniska do centrum Kuala Lumpur kosztuje ok. 74 RM. Więcej informacji tutaj. Malezyjscy taksówkarze cieszą jednak złą sławą pretendując nawet do tytułu najgorszych na świecie. Kierowcy gubią się w mieście, a pasażer płaci za czas i kilometry.
  • Autobus – najtańsza opcja (dorosli 11 RM, dzieci poniżej 12 roku życia – 5 RM), czas przejazdu do stacji KL Sentral ok. godziny, kursują co 20-30 minut. Więcej informacji tutaj.
  • Grab – ok. 65 RM + 10 RM (opłaty za autostradę).

Zależało nam na tym by dość szybko dotrzeć do hotelu, więc postanowiliśmy wypróbować Graba, czyli azjatycką wersję Ubera. Pobraliśmy apkę, zamówiliśmy auto i ruszyliśmy szeroką autostradą by niecałej godzinie dostrzec zarys pojawiających się drapaczy chmur.

Od niewielkiej osady do światowej aglomeracji

Pierwszą osadę na tych terenach założyli w latach 50. XIX wieku chińscy górnicy, którzy w okolicy wydobywali cynę. Pomimo trudnych warunków, szerzących się chorób i pożarów, osada przetrwała i sukcesywnie rozwijała się aż stała się ważnym ośrodkiem gospodarczym w kraju. Sto lat później, po uzyskaniu przez Malezję niepodległości (1957 r.) Kuala Lumpur uzyskało status stolicy nowego państwa i przepustkę do pierwszej ligi światowych aglomeracji.

Apartament z basenem – obowiązkowo w KL

Prawdopodobnie najsłynniejszy basen na świecie znajduje się na dachu hotelu Marina Bay Sands w Singapurze. Jeśli chcemy poczuć ten klimat i z takiej perspektywy spojrzeć na miasto, a przy okazji nie wydawać milionów monet, to KL jest miejscem do tego doskonałym.

Na booking.com bez problemu znajdziemy przestronne i niedrogie apartamenty w jednym z wielu nowych wieżowców, które w cenie noclegu gwarantują też dostęp do basenu, skąd roztaczają się bajeczne widoki na tętniącą życiem przez 24h na dobę stolicę Malezji. My możemy polecić apartament, w którym nocowaliśmy – link do oferty.

Spojrzeć na miasto to jedno, ale zdjęcie w takim basenie, wiadomo, trzeba mieć. Pozując z dwójką niecierpliwych i chlapiących na wszystkie strony dzieci, możemy się co najwyżej pochwalić jako taką nierozmazaną fotą. Prawdziwe „arcydzieła” powstawały jednak obok nas.

Kiedy nam wydawało się, że mamy dużo cierpliwości powtarzając zdjęcia zobaczyliśmy prawdziwych, niedoścignionych mistrzów. Chłopaków, którzy długie minuty robili kolejne ujęcia swoim dziewczynom wyginającym się w wymyślnych pozach nad brzegiem basenu ; ) Jedno z setek ujęć opatrzone pewnie będzie komentarzem: takie tam nad basenem : D

Bardzo subiektywnie o Kuala Lumpur

Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że podobnie jak z nazwą, na pierwszy rzut oka, z perspektywy powiedzmy trzydziestego piętra, miasto dużo obiecuje przybyszom. Z perspektywy chodnika rzeczywistość nie jest tak różowa.

Uwaga spoiler. Jeśli nie jesteście u nas pierwszy raz, to chyba już się zorientowaliście, że raczej nie narzekamy. Wręcz przeciwnie, czasem słyszę że powinniśmy zdjąć różowe okulary i używać mniej przymiotników ; ) Za dużo ochów i achów. No to zdejmujemy okulary, bo w przypadku Kuala Lumpur śmiało mogę przytoczyć moją podróżniczą dewizę! Każde miejsce warto zobaczyć. Ale niektóre wystarczy raz. Ostro. Pewnie aż za bardzo… ale wiecie, chce żebyście czytali dalej ; )

Mamy wrażenie, że miasto padło częściowo ofiarą swojego sukcesu. Na każdym kroku widać place budowy a potężne żurawie są wpisane w jego krajobraz. Na każdej wolnej przestrzeni powstają biurowce i apartamentowce wciśnięte pomiędzy kolonialne budynki o zdecydowanie mniejszej liczbie pięter. Nie funkcjonują tu żadne plany zagospodarowania. Rządzi architektoniczny chaos.

Trudno się porusza po mieście. Brakuje chodników czy przejść dla pieszych. Ulice są zatłoczone, a w godzinach szczytu niemal nieprzejezdne. Na drogach prawie nie widać skuterów (tuk tuka nie widzieliśmy żadnego). Wszędzie bezduszne samochody ; ) Prawdopodobnie to pokłosie sukcesu ekonomicznego Malezji, która z azjatyckich tygrysów, wyłączając Singapur, ma najwyższe PKB per capita.

Być może zamawianie klimatyzowanego auta przez aplikację za każdym razem, gdy chcemy się gdzieś przemieścić ma swoich zwolenników. Jednak nam brakowało pędu powietrza jaki można poczuć w mknącym tuk tuku. Tego azjatyckiego zgiełku cudem mijających się skuterów na skrzyżowaniu. Klaksonów. Zapachów unoszących się nad wózkami ze street foodem, który jest wszędzie na wyciągnięcie ręki. W KL popularne miejscówki na obiad to food courty mieszczącego się w centrach handlowych, gdzie zresztą wybraliśmy się na… sushi.

Cóż, tak opiewana na blogach kuchnia Malezji, ku rozpaczy Domi, też okazała się dla nas wielkim rozczarowaniem, ale to już temat na osobny wpis.

Kuala Lumpur jest bez wątpienia mieszanką nacji, tyglem kultur. Malajskiej, chińskiej i hinduskiej z widocznymi i słyszalnymi wpływami z czasów kolonii brytyjskiej oraz islamem jako religii dominującej. Brzmi jak jakiś społeczno-kulturowy eksperyment, którego efektem jest… sztuczny twór. Zlepek, który nie tworzy spójnej całości. Tak jak miasto, jest jeszcze w trakcie budowy.

Nie udało nam się złapać tego specyficznego klimatu i rytmu. Brakowało jakiejś autentycznej tożsamości.

I na koniec ludzie. Wiem, że to może być krzywdzące generalizowanie, bo w końcu spędziliśmy w KL zaledwie 3 dni, więc napiszę tylko tyle, że w naszym skrajnie subiektywnym rankingu sympatyczności nacji azjatyckich, mieszkańcy Malezji zajmują ósme miejsce. Na osiem. Niby to dalej pierwsza dziesiątka, ale rozumiecie ; )

Jeśli więc zastanawiacie się ile czasu spędzić w Kuala Lumpur to naszym zdaniem, trzeba i naprawdę warto zobaczyć Petronas Towers i leżące poza miastem Batu Caves. No i koniecznie zaliczyć ten basen na dachu ; ) Reszta to takie wypełniacze, gdzie oczywiście można miło spędzić czas, ale jeśli ma się napięty plan to raczej nie ma po co za długo zostawać w KL.

Oczywiście to tylko nasze zdanie. My na przykład kochamy Bangkok, a tyle razy już słyszeliśmy, że stamtąd trzeba szybko uciekać. My byśmy chcieli tam wrócić. Do Kuala Lumpur niekoniecznie. No chyba że posiedzieć pod Petronasami ; )

A z tego wpisu dowiecie się, co warto zobaczyć decydując na się na 2-dniowy pobyt w Kuala Lumpur.

J.