Końca świata nie było – trekking przez swaneckie wioski do Żabeszi

Planu B nie mieliśmy. Po kolejnej nocnej ulewie Giorgi odradził nam trekking nad jeziora Koruldi. Gdybyśmy całą trasę chcieli pokonać pieszo to może i by nam się udało, ale jej przejście w dwie strony zajmuje nawet 8 godzin i sądząc po relacjach na różnych blogach nawet bez pasażerów na plecach jest ono wymagające. Dlatego pierwszy odcinek o przewyższeniu 900 metrów chcieliśmy pokonać autem. Niestety po znacznych opadach ta stroma i nieutwardzona droga staje się nieprzejezdna nawet mając napęd 4×4.

Gdyby nie choroba lokomocyjna Zosi na pewno pojechalibyśmy do położonej na wysokości ponad 2 200 m n.p.m. wioski Uszguli. Niestety tutaj z kolei wizja ponad 2 godzin jazdy po górskich wertepach skutecznie nas zniechęcała. Trasa z Mestii do Uszguli to też jeden z najbardziej znanych trekkingów w Swanetii, sęk w tym że jest on 4-dniowy ; ) Może kiedyś… ale co gdybyśmy przeszli pierwszy etap tej trasy? Do wioski Żabeszi leżącej prawie na końcu świata jak powiedzieli nam później jej mieszkańcy?

Pierwsze kilometry przejechaliśmy autem, które zostawiliśmy przy drodze na wysokości miejscowości Artskheli i stąd ruszyliśmy pieszo. Przeprawiliśmy się przez kolejny „interesujący” most i zaczęliśmy wspinać wyboistą drogą w stronę zabudowań.

Słoneczna pogoda, która rano wprawiła nas w doskonałe humory zaczęła dawać się we znaki. Zwłaszcza Zuzi, która za upałami nie przepada. Wreszcie jednak wspięliśmy się wystarczająco wysoko by móc z góry podziwiać całą okolicę. Najwyższe szczyty kryły się co prawda za pojedynczymi chmurkami, ale mieliśmy widok na zieloną dolinę z rozsianymi tu i ówdzie skupiskami kamiennych wież obronnych, z których słynie Swanetia. Kiedy myśleliśmy, że teraz już będziemy wędrować względnie płaskimi ścieżkami przez swaneckie wioski, ktoś nas zaczepił i poinformował, że musimy wrócić do głównej drogi bo na szlaku wezbrana rzeka zerwała most. Serio? Znowu?

Po drodze zaliczyliśmy jeszcze potok przecinający jezdnię, więc w butach pełnych wody, wdychając śmierdzące wyziewy z mijających nas Kamazów szliśmy zastanawiając się czy można było trafić gorzej.

Ostatni odcinek wynagrodził wszystko z nawiązką : ) Sielskie widoki, soczysta zieleń łąk, chylące się ku upadkowi drewniane płoty za którymi pasły się krowy, świnie taplające się w błocie, wesołe dzieci bawiące się beztrosko. Gdzieś przebiegło stadko małych prosiaczków, na chwilę dołączył do nas pies, unikaliśmy wzroku idących z naprzeciwka byków i szliśmy na koniec świata. Zosia była zachwycona, tyle zwierząt w jednym miejscu i to na wyciągnięcie ręki. Gdyby to od niej zależało, pewnie zamieszkalibyśmy tu na stałe ; )

W końcu dotarliśmy do Żabeszi. Dla nas to był koniec drogi, dla wielu innych początek. Można zamieszkać w jednym z wielu guesthousów i stąd wędrować dalej górskimi szlakami. Też skorzystaliśmy z gościny jednej z rodzin mieszkających w Żabeszi, która zaprosiła nas do siebie i udostępniła swoje podwórko na mały piknik. Trochę też rozmawialiśmy i przy okazji zajrzałem do domu. W dużej izbie na betonowej posadzce stał tylko stół, łóżko i jakaś drewniana skrzynia. Tak tutaj się mieszka…

No może z tym końcem drogi to przesadziłem, trzeba było jeszcze wrócić ok. 2 km do głównej drogi. Gdy tam dotarliśmy, złapałem stopa (zatrzymało się pierwsze auto) i pojechałem po nasz samochód. Akurat trafił mi się jakiś młody przedsiębiorca, który szybko chciałby zarobić pierwszy milion. Gdy zapytałem ile by chcieli za podwózkę dziewczyna, która siedziała obok z zakłopotaniem zapytała ojca, który również nie kwapił się by podać jakąś kwotę. Widząc to młody, który do tej pory się nie odzywał, przejął inicjatywę i wypalił „dwadcat”. Niech mu będzie, my nie zbankrutujemy. Za to radość z jaką dziewczyny pakowały się do samochodu -bezcenna : )

J.