Rejs na Symi – Rodos dzień 6

Wstaliśmy przed świtem, co nie brzmi już tak strasznie jeśli dodam, że jasno robiło się ok. siódmej. Wstaliśmy nie po to jednak by zrekompensować sobie widoki na Prasonisi i podziwiać wschód Słońca z balkonu naszego pokoju, chociaż oczywiście skorzystaliśmy i z tej okazji. Powodem wcześniejszej pobudki był zaplanowany rejs na Symi, czyli wyspy położonej ponad 40 km na północny-zachód od Rodos.

DSC02145 logo

Musieliśmy więc zdążyć na statek wypływający ze stolicy wyspy. O tej godzinie ruch na ulicach Rodos był znikomy a wolnych miejsc parkingowych mnóstwo. Kupiliśmy więc szybko bilety w jednym ze stanowisk ulokowanych wzdłuż nabrzeża by mieć jeszcze trochę czasu na spacer po części dzielnicy Nowe Miasto przylegającej właśnie do portu. To „nowa” część miasta powstała w XVI w. po tym jak Rodos podbili Turcy a Rodyjczycy dostali zakaz zamieszkiwania miasta w obrębie murów. W dzielnicy tej widać również wpływy włoskie.

Wzdłuż nabrzeża stoją włoskie budowle wykonane w stylu art deco – Dom Gubernatora i cerkiew Zwiastowania NMP. Jednak główną atrakcją tej części miasta jest port Mandraki, który obecnie pełni funkcję mariny dla  jachtów i mniejszych łodzi czy katamaranów. Wejścia do portu strzegą ustawione na kolumnach posągi łani i jelenia, stanowiące symbol miasta a odnoszące się jeszcze do czasów starożytnych. Przed wiekami o Rodos mówiło się także Ophioussa, co nawiązywało do dużej liczebności węży zamieszkujących wyspę. Były one taką plagą, że mieszkańcy, którzy ponoć bali się wychodzić z domu, udali się po radę do Delf. Wyrocznia delficka poradziła, by sprowadzić na Rodos jelenia i łanię, co też uczyniono. Zwierzęta  te szybko się rozmnożyły i,,  zadeptały groźne gady. Kolumny te zostały ustawione za czasów panowania Włochów nad Rodos. Z tym, że Włosi ustawili jelenia jako symbol Rodos oraz wilczycę – symbol Rzymu. Po odzyskaniu niepodległości wilczycę zastąpiła właśnie łania.

DSC02148 logo

DSC02169a logo

DSC02155a logo

DSC02152a logo

To właśnie w tym miejscu ponad 2300 lat temu miał z kolei stać Kolos Rodyjski, czyli gigantyczny posąg boga Heliosa, uznany za jeden z siedmiu starożytnych cudów świata. Według podań posąg miał ponad 30 m wysokości, jego głowę wieńczyły promienie słoneczne a w ręku trzymał zapaloną pochodnię.

Skąd się wziął Kolos? Otóż w starożytności wyspa Rodos była lokalną potęgą dzięki strategicznemu położeniu na szlakach handlowych, rozwiniętej flocie a także trafności w wyborze sprzymierzeńców  i ich zmianie w burzliwych warunkach politycznych. Podczas walk o sukcesję po Aleksandrze Wielkim, Rodos odmówiło poparcia Antygonidom (dynastia macedońska) na rzecz Ptolemeuszy, rządzących w Egipcie, z którym wyspa była silnie związana gospodarczo. W odwecie, ci pierwsi pod wodzą Demetriusza Poliorketesa przybiły do wybrzeży wyspy i oblegali miasto ponad rok. Ten wybitny wódz czasów antycznych i wynalazca maszyn oblężniczych poniósł jednak porażkę i jego flota odpłynęła z Rodos porzuciwszy przywiezione machiny. Rodyjczycy, dla uczczenia zwycięstwa, spieniężyli pozostawione ma wyspie machiny a uzyskane środki przeznaczyli na budowę pomnika patrona Rodos.

Budowę prowadził rzeźbiarz Chares z Lindos.  Początkowo Rodyjczycy zamówili u niego 18-metrową statuę. Po rozpoczęciu zwrócono się jednak do Charesa, by posąg był dwa razy większy. Rzeźbiarz przystał na to, ale zażądał dwukrotnie większego wynagrodzenia.

Słabo to sobie skalkulował, gdyż zwiększenie rozmiarów kolosa dwukrotnie oznaczało ponad proporcjonalnie wyższe koszty budowy.

Spotkałem się, że aż 8-krotnie, jednak moim zdaniem to byłoby prawdziwe gdyby kolos był w całości wykonany z jednego materiału – 8-krotny wzrost objętości. Biorąc jednak pod uwagę, że najbardziej kosztowna była powierzchnia wykonana  z brązu, a ta wzrosła 4-krotnie, to całkowity koszt materiałów wzrósł między 4 a 8-krotnie. W każdym razie dużo, Chares stał się po tym zleceniu bankrutem i po 12 latach pracy nad Heliosem popełnił samobójstwo. Sam kolos również przeżył tylko kilkadziesiąt lat ginąc w trzęsieniu ziemi w 226 r. p.n.e. Konstrukcja figury oparta była na żelaznym szkielecie wypełnionym gliną i obłożonym elementami z brązu. Newralgicznym punktem okazały się kolana kolosa, stąd wzięło się powiedzenie „kolos na glinianych nogach”. Z jego odbudowy zrezygnowano, gdyż wyrocznia delficka przepowiedziała, że sprowadzi to nieszczęście. Szczątki kolosa leżały więc w wodzie aż do VII w., kiedy to Arabowie zdobyli Rodos i sprzedali go wędrownemu kupcowi, który objuczył nimi 900 wielbłądów.

Do dzisiaj nie rozstrzygnięto, w którym miejscu tak naprawdę postawiono kolosa. Czy stał on po jednej stronie portu, czy też jak ukazuje je większość wyobrażeń w rozkroku nad wejściem do portu tak, że statki przepływały pod nim. Ostatnie odkrycia archeologiczne wskazują natomiast, że posąg mógł stać na wzgórzu, gdzie obecnie znajduje się Pałac Wielkich Mistrzów.

My zastanawialiśmy się gdzie wyglądałby lepiej, tymczasem Zuz zajęła się prawdziwymi wyzwaniami w postaci dogonienia któregoś z gołębi. Już prawie jej się udało, ale musieliśmy szybko ruszyć dalej by zdążyć na statek.

Zajęliśmy „miejsca siedzące”, tzn. usiedliśmy sobie na górnym pokładzie i wypłynęliśmy. Początkowo, amatorów podziwiania otwartego morza było wielu. Im dalej jednak od lądu, tym wiał coraz silniejszy wiatr, więc co prawda nikogo nie zwiało z pokładu, ale po kwadransie zrobiło się zupełnie pusto. Było więc miejsce na mały piknik : )

DSC02187a logo

Po niespełna godzinie wpływaliśmy już do barwnej zatoki, nad którą położone jest miasto Symi. Na jego widok pomyślałem o Cinque Terre, które rozważaliśmy też wybierając destynację tej podróży. Kolorowe domy wygrzewały się na stromych zboczach zatoki, jakby po kąpieli w morzu. A było naprawdę gorąco i, pomimo bliskości morza, zupełnie bezwietrznie. A może to było tylko nasze odczucie po wietrze w trakcie rejsu?
DSC02223a logo

DSC02225a logo

DSC02240a logo

DSC02226 logo

Kiedyś mieszkańcy Symi utrzymywali się w szczególności z połowów gąbek oraz budowy statków.  Obecnie ok. 2 500 mieszkańców zajmuje się głównie rybołówstwem, handlem oraz turystyką. Nadal jednak, na każdym kroku można kupić naturalne żółtobrązowe gąbki, jako pamiątkę z wyspy.

DSC02354a logo

DSC02358a logo

U wejścia do portu stoi ciekawa Wieża Zegarowa z XIX w. Miasteczko składa się z dwóch części. Z racji  dokładności, z jaką Zuz poznaje świat (krawężniki, słupki, bramy, ławki, znowu słupki, czemu by nie?) i ogólnym bieganiu tam i z powrotem, skupiliśmy się na jego dolnej części – Giálos. Spacerowaliśmy sobie więc wzdłuż portu wśród restauracji, kawiarni, sklepików i… niewielkiego złomowiska łodzi. Od czasu do czasu odbijając w górę schodami oglądaliśmy odnowione budynki i z pewnej wysokości podziwialiśmy błękit wody w zatoce. Schody to zresztą powód, dla którego nasza Zuz czuła się świetnie w Symi i pewnie spędziłaby tam więcej niż te 4 godziny, które mieliśmy. Wreszcie dotarliśmy na wzgórze, z kościołem i dzwonnicą, chochlakami oraz fantastycznym widokiem na zatokę i miasto, tak inne do tych na Rodos.

DSC02313 logo

DSC02311 logo

DSC02329a logo

DSC02308a logo

Po uwiecznieniu krajobrazu w pamięci i na zdjęciach, przyszedł czas na zaspokojenie pozostałych zmysłów, czyli powonienia i smaku. Wróciliśmy więc do upatrzonej wcześniej restauracji serwującej świeże ryby. Niestety słynne krewetki z Symi musieliśmy odpuścić, bo nasz mały degustator zapewne nie uznałby naszego prawa do własności zawartości talerza. Nie ryzykując wprowadzenia owoców morza do diety Zuz, jedliśmy ryby i oglądaliśmy ryby pływające w morzu, od którego nasz stolik był oddalony o mniej więcej 20 cm.

DSC02254a logo

DSC02253a logo

DSC02252a logo

DSC02350a logo

Obserwując mieszkańców wyspy ma się wrażenie, że czas w tym miejscu płynie jakby wolniej. Tymczasem nam te 4 godziny minęły w okamgnieniu i po obiedzie znów płynęliśmy statkiem, tym razem do Panormitis.

Po wpłynięciu do zatoki uwagę przyciąga wspaniale zdobiona dzwonnica przy klasztorze, który stanowi cel naszej wizyty. Tym razem postój ekstremalnie krótki, bo zaledwie półgodzinny. Tyle czasu przewidziano na zobaczenie klasztoru Panormitis, z cudowną ikoną Michała Archanioła – patrona tamtejszych żeglarzy. Panormitis stanowi najważniejsze miejsce prawosławnego kultu w archipelagu Dodekanezu. Z ładnego dziedzińca wchodzi się do niewielkiego sanktuarium ozdobionego bizantyjskimi freskami. Akurat odbywał się tam ślub, więc nie chcieliśmy za bardzo przeszkadzać i po chwili wyszliśmy, usiedliśmy w porcie i pijąc (oczywiście wszyscy) kawę mrożoną słuchaliśmy opowieści przewodnika który akurat stanął obok nas. Dowiedzieliśmy się m.in., że prośbę do Michała Archanioła można wysłać w butelce, trzeba tylko wrzucić ją do morza a tutejsze prądy morskie zadbają by dotarła ona do adresata. Wysyłając prośbę trzeba jednak obiecać Michałowi coś w zamian. Cennika jednak nie poznaliśmy, bo trzeba już było wracać na pokład.

DSC02377 logo

DSC02420 logo

DSC02399a logo

DSC02391a logo

DSC02392a logo

DSC02390a logo

Po powrocie do Rodos mieliśmy w planach jeszcze Park Rodini. Plan jednak uległ zmianie i ruszyliśmy starą drogą wzdłuż wybrzeża przez Kalitheę do Faliraki. W końcu kiedyś trzeba było zobaczyć miasto, w którym od kilku dni mieszkaliśmy, a raczej nocowaliśmy. Faliraki to skupisko knajp, pubów, klubów, tawern i hoteli. Czyli nic ogólnie ciekawego. Dotarliśmy za to do plaży, ciągnącej się kilka kilometrów z szarawym piaskiem i kamykami. Słońce zachodziło, ale Zuzia i ja postanowiliśmy rzucić wyzwanie naturze i wrzucić wszystkie kamienie leżące na plaży z powrotem do morza. Pewnie by nam się udało, gdyby nie zapadający mrok. Cóż, może następnym razem.

DSC02454a logo

J.