Białe plaże i wiatraki, tylko gdzie te wiewiórki? – Fuerteventura dzień 1

Nie będziemy ukrywać, że Fuerteventura jakoś nigdy nie była na liście naszych podróżniczych celów i tylko niedrogie połączenia promowe z Lanzarote sprawiły, że rozważaliśmy spędzenie tam kilku dni. Z tyłu głowy mieliśmy jednak cały czas obraz wyspy jaki rysowała nam nasza znajoma, tak, o Tobie piszę M., która po podróży na Fuertę powtarzała, że niemal głowy nie straciła, tak mocno (tutaj z reguły padał inny przysłówek) tam wieje i generalnie nic nie ma poza hordą dzikich i natrętnych wiewiórek. Na M. jednak trzeba wziąć poprawkę ; )

A szybkie rozeznanie tematu wskazało, że co najmniej dwa miejsca, czyli wydmy Corralejo i offroadowy półwysep Jandia, o których będzie w kolejnych wpisach zobaczyć naprawdę warto. Zaryzykowaliśmy więc i zarezerwowaliśmy bilety na promy kursujące między Playa Blanca na Lanzarote a Corralejo na Fuercie. W najgorszym razie jakoś te 4 dni z tymi wiewiórkami się przemęczymy na ponoć najlepszych plażach na Wyspach Kanaryjskich, a może i całym Atlantyku w ogóle. Można sobie gorsze rzeczy w życiu wyobrazić ; )

Rejs trwa zaledwie 45 minut. W porcie w Playa Blanca jest spory parking, na którym bez problemu i bez opłat można zostawić auto. No to płyniemy! Oczywiście z Zuzią wybieramy miejsce na dziobie i obstawiamy, która fala zrobi nam ochlap : )

Na miejscu trochę zamieszania z autem, bo okazuje się że nasza wypożyczalnia ma punkt i w porcie, i w mieście, więc musieliśmy poczekać aż podstawią nam auto we właściwe miejsce. Pachnącego nowością Seata Leona z niezłym silnikiem. Od razu czuć też było moc w porównaniu z nieco ociężałą Ibizą, którą poruszaliśmy się po Lanzarote. Nawet jeśli widoki nie powalą na kolana, to przynajmniej jazda po pustkowiach będzie przyjemnością : )

Nie zostajemy w Corralejo tylko od razu jedziemy do leżącego na północno-zachodnim krańcu wyspy El Cotillo. Niewielkiego miasteczka, którego w przeszłości przed atakami piratów chroniła stojąca na brzegiem oceanu twierdza. To jednak nie warowna budowla jest największą atrakcją a zatoczki z białymi, niemal jak śnieg, plażami. Reklamy Fuerty jednak nie kłamią.

Tę piękną scenerię nieco zaburzali nudyści rozsiani po całej plaży. Generalnie nie mam nic przeciwko, choć zawsze mnie zastanawia czemu ich średnia wieku musi być wyższa niż suma lat naszej czwórki ; ) Ale rozumiecie, szanujmy się wzajemnie. Bo czy naprawdę trzeba tak często i tak pieczołowicie poprawiać koc plażowy albo stojąc nad brzegiem morza, tuż obok bawiących się dzieci, wypatrywać usilnie czegoś w oddali. Może pirackich statków? A może zgubionych kąpielówek?

Woda była zimna, choć Zuzi w niczym to nie przeszkadzało. Zosia zresztą puszczona z koca zmierzała na czworakach też tylko w jednym kierunku. Wody. W końcu jeszcze nie tak dawno to było jej środowisko naturalne : D

Z El Cotillo ruszyliśmy na południe. Mijaliśmy wypalone słońcem pustkowia, który przypominały nam o tym, że jesteśmy zaledwie 100 kilometrów od wybrzeży Afryki. Mijaliśmy pola agaw i aloesu, które przystosowały się do ciężkich warunków. Ale mijaliśmy też walące się budynki, niedokończone inwestycje i architektoniczne potworki. Po tygodniu na Lanzarote takie widoki raziły w oczy do tego stopnia, że momentami mieliśmy nawet ochotę zawrócić i łapać prom powrotny ; )

Przejeżdżając przez La Olivę chyba bardziej z blogowego obowiązku na chwilę zatrzymaliśmy się przy Casa de los Colones, dawnej siedziby dowódców wojskowych, którzy przez prawie dwa stulecia rządzili wyspą. Dom Pułkowników to przykład kolonialnego stylu i kanaryjskich drewnianych balkonów. Jak wygląda widać na zdjęciach. Tyle mam do napisania, bo po co kopać leżącego. Architektura, zabytki czy ciekawe przestrzenie stworzone przez człowieka to po prostu nie domena Fuerty ; )

No może oprócz zabytkowych wiatraków z XVIII i XIX wieku, które są znakiem rozpoznawczym Fuerteventury. Młyny służyły do wyrabiania mąki gofio popularnej na całym archipelagu.

Na wyspie można trafić na molino czyli wiatraki typu męskiego, większe i masywne, posiadające dwa lub trzy piętra i molina czyli mniejsze, jednopiętrowe wiatraki żeńskie.

Przykładem tych pierwszych jest na przykład stojący na pustkowiu Molino de Tefia, ponoć jedyny na wyspie wiatrak z sześcioma skrzydłami. Piękny jest! Kamienna konstrukcja wzniesiona na planie koła zwieńczona jest stożkowatym, drewnianym dachem, który za pomocą dyszla mógł być obracany w zależności od kierunku wiatru. Szkoda, że nie było możliwości zajrzenia do środka.

Tuż przed Betancurią na jednym ze wzgórz znajduje się punkt widokowy Mirador de Morro Velossa. Podobno to dobre miejsce do obserwacji nocnego nieba, jednak nie mieliśmy okazji tego sprawdzić. Ale za dnia krajobraz Fuerty w odcieniach ochry, zieleni i błękitu też wart jest chwili postoju. Można również skorzystać z restauracji, która mieści się na szczycie.

Betancuria to dawna stolica wyspy i chyba jedyne miasteczko, jakie tak naprawdę warto zobaczyć na Fuercie. Zwiedzić to może byłoby już za duże słowo. Kilka uliczek, placyk, bielone domki, kościół, sklepiki z pamiątkami i rzemiosłem, kilka restauracji, plac zabaw i chyba tyle. Albo aż tyle bo Betancuria ma urok właściwy dla typowego kanaryjskiego miasteczka. Ukryte w dolinie wśród palm, z dala od wybrzeża miało być w zamyśle jego założyciela bezpieczne od najazdów pirackich.

Dalej droga w kierunku Pajary wiła się wśród wzgórz, które im bliżej zachodu słońca nabierały coraz bardziej bajecznych barw. Zanim jednak nadszedł zmierzch, na jednym z kilku przystanków przeznaczonych na robienie zdjęć zobaczyliśmy wreszcie to! Znak ostrzegający przed wiewiórkami. A więc jednak, M. miała rację! Zaczęliśmy wszędzie wypatrywać małych zwierzątek. Mieliśmy nawet ciastka przygotowane : P I co? Nic. Ta wiewiórka ze znaku, była jedyną jaką zobaczyliśmy w ciągu tych kilku dni na Fuercie.

Po zmroku dotarliśmy wreszcie do kurortowego miasta Costa Calma, gdzie mieliśmy wynajęty domek. Strasznie się czujemy w takich miejscach, ale to tylko na noc. Następnego dnia ruszamy na kraniec półwyspu Jandia, gdzie zmasowana turystyka jeszcze nie dotarła : )

J.

Informacje praktyczne

Prom rezerwowaliśmy przez stronę: https://www.directferries.pl

Operator: Lineas Maritimas Romero

Łącznie za dwójkę dorosłych, dziecko i niemowlę – 69 EUR.