Witaj Leuven, miło cię znów widzieć!

To nie tak miało być. Tekst o Leuven powinienem napisać siedząc wieczorami na Oude Markt, słuchając wesołego gwaru wymieszanego z muzyką płynącą z wielu stron i popijając mojego ulubionego Duvla. A potem jeszcze może Kwaka. I koniecznie wiśniowego Krieka. Tymczasem minął rok od naszej BemVoyage’owej podróży do Belgii, zanim usiadłem nad wpisem. W domu, na kanapie. W takich okolicznościach nawet Duvel nie smakuje już tak samo. Czegoś brakuje. Tego niezwykłego klimatu Leuven, który sprawia, że to miasto absolutnie wyjątkowe.

Dla mnie szczególnie.

Uwaga, to będzie bardzo długi, nieobiektywny, momentami bardzo niepraktyczny tekst. Ale lepszego o Leuven nie przeczytacie nigdzie. Tego jestem pewien.

Musicie wiedzieć, że nawet jeśli gdzieś mi się szczególnie podoba i piszę Wam tutaj, że chętnie bym tam wrócił, to najzwyczajniej w świecie ściemniam. Nie z premedytacją. Nie, bo nawet ja w to wierzę. Ale wiecie jak jest, gdyby fundusze i urlop nie były ograniczone. Ale są. A lista nowych miejsc, do których chcielibyśmy pojechać jest o wiele dłuższa niż lista zaległych wpisów na bloga. A ta druga jest naprawdę długa. Wierzcie mi. Na razie nie ma czasu by wracać. Może kiedyś. Ale do Leuven… to co innego. Do Leuven chciałbym wracać często. Autentycznie.

Minęło jednak aż 10 lat zanim znowu udało mi się usiąść na Oude Markt. Ciśnie się nieprzyzwoicie banalne pytanie: kiedy to minęło? Pamiętam jakby to było wczoraj, gdy dziesięć lat wcześniej, jeszcze jako student, wyjeżdżałem na półroczny staż w dziale controllingu firmy LMS. Ciągnąłem jedną ręką wielką walizkę, w drugiej trzymając wydrukowaną mapkę z zaznaczonym mieszkaniem. To jeszcze była era przedsmartfonowa. W walizce musiałem zmieścić rzeczy na pół roku. Mimo to mama jakimś cudem upchnęła mi tam jeszcze jedzenie na kilka dni. Pamiętam, że nawet kotlety były! W końcu pierwszy raz wyjeżdżałem tak daleko. Na tak długo. A jednak od razu poczułem się tu, to znaczy tam, jak w domu. U siebie.

Domi wiedziała jak bardzo chcę znowu pojechać do Belgii, więc niby coś tam wspominała o Barcelonie, gdy pojawiła się świetna promocja LOTu, ale ostatecznie nie protestowała gdy rezerwowałem bilety. A ja byłem pewien, że jej się spodoba. I nie pomyliłem się. Mimo, że PR-owo rozegrałem to najgorzej na świecie. Bo czy mogłem powiedzieć coś gorszego mojej żonie niż to, że „będziemy jeść głównie frytki i kanapki, ale i tak będzie świetnie!”. Kobiecie, której pierwsze pytanie, gdy rzucam kolejne propozycje wyjazdu zawsze brzmi „a co tam będziemy jeść?”. Pokiwała tylko głową. Nie zdziwiło mnie to, ponieważ Belgia jest przez wielu niedoceniana jako kierunek podróży. A ja postaram się Wam pokazać, tym i kolejnymi wpisami, w jak wielkim błędzie jesteście, jeśli myślicie że do kraju piwa i frytek nie warto jechać.

Ale z Leuven mam problem.

Bo chyba najtrudniej się pisze o miejscach, które się dobrze zna. Gdzie się żyło, a nie było. Z którymi łączy tyle wspomnień. Bo jak tu po prostu wymienić, wypunktować kilka miejsc tych kilka miejsc. Spędzasz w Tokio 4 dni i od razu stajesz się przewodnikiem po mieście. Ekspertem, który dostaje masę pytań o najdrobniejsze szczegóły. W końcu widziałeś wszystko, co zobaczyć trzeba a nawet udało się odkryć coś spoza ogólnie znanej listy must-see.

A tutaj patrzę na uliczki, po których dziesiątki razy jechałem na rowerze do pracy, market, w którym robiłem zakupy, dworzec kolejowy skąd co weekend jeździłem po całym kraju, tak że Belgowie w pracy śmiali się, że byli może w połowie z tych miejsc. Tu była dobra impreza, tam mieszkał znajomy Japończyk z działu R&D, tam chodziło się na frytki, a tu przeleciałem z rowerem przez maskę samochodu (z mojej winy, bo Belgowie niesamowicie uważają na rowerzystów)…

Cieszę się, że jeszcze tu jesteście (skoro czytacie), ale pewnie chcielibyście się wreszcie dowiedzieć, co w tym Leuven takiego fajnego. Zaraz o tym będzie. Obiecuję. Będą też miejsca, które warto zobaczyć. Bo w Leuven jest co oglądać. Jednak musicie wiedzieć, że to nie zabytki są tu najważniejsze.

Ja wiem, że dla mnie kamienice w Leuven są najbardziej flamandzkie, trawa bardziej zielona, kostka brukowa najlepiej ułożona a piwo ma tu najlepszą piankę. Ale tak nie jest. Za to zapewniam, że absolutnie wyjątkowa jest tu atmosfera.

Miasto studentów

Atmosfera, która sprawia, że Leuven jest inne niż pozostałe flamandzkie miasta. Po Brugii do godziny 17 przetaczają się tabuny turystów, podobnie jest na Grote Markt w Brukseli czy gotyckiej starówce Gandawy. W Leuven jeśli gdzieś jest tłum, to jest to inny tłum : D Na mniej więcej 90 tysięcy mieszkańców przypada 25 tysięcy studentów. Studenci są wszędzie. Widać ich. Słychać ich. Kiedy zamykam oczy i pomyślę o Leuven słyszę muzykę, stukot kół walizek ciągniętych na brukowanych ulicach i skrzypiące rowery. Miasto tętni życiem do późnych godzin nocnych. A przy tym jest wyjątkowo przyjazne i radosne zachowując flamandzki styl i porządek.

W Leuven swoją siedzibę ma bowiem najstarszy i największy uniwersytet w Belgii. Katholieke Universiteit Leuven, w skrócie KU Leuven. Do tego jeden z lepszych na świecie, w różnych rankingach plasuje się w pierwszej „100” a nawet „50” globalnych list. Uniwersytet został założony w 1425 r., jednak jak wszystko w Belgii, w 1968 r. został podzielony na część flamandzką (pozostała w Leuven) oraz walońską, na potrzeby której powstało w zasadzie nowe miasto Louvain-la-Neuve, czyli Nowe Leuven. Flamandzki KU Leuven dorobił się kilkunastu oddziałów w różnych miastach Flandrii, jednak to Leuven pozostaje jego sercem.

To co, gotowi na wycieczkę? Chodźcie. Spróbuję pokazać Wam miasto, tak jak pokazałem je Domi.

4 miejsca które musisz zobaczyć w Leuven

Pewnie spędzicie tu tylko jeden dzień. I pewnie dotrzecie tutaj pociągiem. Po Belgii najwygodniej podróżuje się pociągami. A Leuven to zaledwie 15 – 25 minut jazdy z Brukseli, w zależności od tego na której stacji w stolicy wsiądziecie.

Z dworca wyjdziecie na plac Martelarenplein, który poznacie po monumencie pośrodku (Pomnik Pokoju). Jest to jeden z większych placów w mieście, dlatego często są tu organizowane imprezy miejskie czy koncerty. Po prawej jest dworzec autobusowy, ale nawet o tym nie myślcie. Przespacerujcie się do centrum, to tylko 10 minut.

Macie do wyboru Bondgenotenlaan (vis a vis dworca), jedną z głównych ulic w mieście albo biegnący równolegle do niej handlowy deptak Diestsestraat.

Po pierwsze: Grote Markt ze wspaniałym Ratuszem

Załóżmy, że wybraliście Bondgenotenlaan. Tak, wiem że nie da się tego powtórzyć. Zamiast tego spójrzcie w górę na smukłe fasady kamienic. A potem idźcie dalej aż do przebudowanego niedawno placu Rector de Somerplein. Jego nazwa też się zmieniła, jeszcze kilka lat temu plac ten nosił imię marszałka Focha. Rektor chyba jednak bardziej pasuje do Leuven. Zwróćcie uwagę na Fonske, czyli fontannę Font Sapienza („źródło mądrości”) przedstawiającą studenta usilnie wtłaczającego wiedzę do głowy ; )

Stąd też widać już gotycki ratusz czyli stadhuis w pełnej okazałości. A nie jest to byle jaki ratusz. Jeden z najpiękniejszych w Belgii. Nie zaskoczy Was pewnie, że moim zdaniem najpiękniejszy. Strzelisty i smukły budynek sprawia wrażenie niezwykle lekkiego. Mógłbym się gapić na niego godzinami. O różnych porach dnia, w zależności od oświetlenia zmieniają się barwy fasady.

Sam ratusz pochodzi z XV wieku, ale posągi przedstawiające wybitnych obywateli miasta dodano dopiero cztery stulecia później. Leuven poniosło wielkie straty w trakcie obu wojen światowych, szczęśliwie jednak bomba, która spadła na ratusz nie wybuchła.

Grote Markt wbrew swojej nazwie nie jest wielki. Na pewno nie w porównaniu do rynków w Brukseli, Gandawy czy Sint Niklaas (ten to jest dopiero ogromy). No i nie jest to typowy rynek. Po pierwsze ma kształt klina. A po drugie… uważajcie. Serio! Na co najmniej dwie rzeczy. Autobusy, których zakaz wjazdu nie dotyczy i, a może zwłaszcza, na pędzących na rowerach studentów. I studentki ; ) Grote Markt jest mocno pochyły, rowery potrafią nabrać prędkości. Zuzia też się o tej pochyłości przekonała, bawiąc się piłeczką kauczukową.

Do rynku przylega kościół św. Piotra (Sint Pieterskerk). Obejdźcie go dookoła i wróćcie na Grote Markt. Spójrzcie na ratusz z innej perspektywy.

Po drugie: Oude Markt czyli Stary Rynek pełen młodych ludzi

Grote Markt to nie jedyny rynek w Leuven. Idźcie „w dół” i skręćcie w lewo. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej jest Oude Markt czyli Stary Rynek. Latem jego większą część zajmują ogródki barowe knajp mieszczących się w kamienicach po obu stronach prostokątnego rynku. Usiądźcie przy jednym ze stolików i poczujcie klimat. Mamy czas. A jeśli możecie, wróćcie wieczorem, gdy część barów zamieni się w dyskoteki a piwo leje się strumieniami. Zwłaszcza produkowana na miejscu Stella Artois.

Bo skoro o piwie mowa, to Leuven jest siedzibą największego koncernu browarniczego świata Anheuser-Busch InBev z szacowanym udziałem w globalnym rynku piwa na poziomie niespełna 30% i obrotami w wysokości 56 mld USD (dane za 2017 r.). 500 marek piwa w portfolio, blisko 500 milionów hektolitrów piwa produkowanego rocznie i 200 tysięcy pracowników na całym świecie. A wszystko zaczęło się od niewielkiego browaru Den Hoorn, którego początki sięgają XIV wieku.

Po trzecie: ciche i spokojne beginaże

Spacerując po flamandzkich miastach trafić można do beginaży, czyli miejsc wyglądem przypominających zamknięte osiedla z niewielkimi domkami, kościołem czy kaplicą, szpitalem i ogrodami.

Ruch beginek zaczął się rozpowszechniać w XII w. głównie właśnie na terenach obecnej Belgii i Holandii. Były to świeckie religijne stowarzyszenia pobożnych kobiet, które często po śmierci mężów, co w okresie wypraw krzyżowych było dość częstym przypadkiem, decydowały się wstąpić do beginatu by wspólnie żyć i pracować. Przystępując do wspólnoty kobiety ślubowały czystość i posłuszeństwo, ale nie składały ślubów zakonnych i w każdej chwili mogły dobrowolnie opuścić beginaż. Wspólnoty były autonomiczne a kobiety te utrzymywały się z własnej pracy zajmując się tkactwem i koronkarstwem, a także opiekując się chorymi i potrzebującymi.

Nie inaczej było w Leuven. Tutejszy beginaż powstał w XIII w. i działał aż do lat 80. XX w. Kierujcie się na południe ulicą Naamsestraat aż zobaczycie znaki wskazujące na Groot Begijnhof. Duży Beginaż. W przeciwieństwie do gwarnego Oude Markt, tutaj króluje spokój i cisza. W szczytowym okresie beginaż zamieszkiwało nawet 300 beginek. Obecnie kompleks objęty ochroną UNSECO jest własnością KU Leuven.

Po czwarte Biblioteka Uniwersytecka i wielki chrząszcz

Własnością KU Leuven jest też oczywiście renesansowy gmach Biblioteki Uniwersyteckiej. Budynek podczas obu wojen światowych był niszczony, jednak dwukrotnie, dzięki wsparciu zagranicznych uniwersytetów, udało się go odbudować. Na rozległym placu przed biblioteką, gdzie zimą odbywa się bożonarodzeniowy jarmark a latem często organizowane są festyny i koncerty, wznosi się iglica z nabitym chrząszczem. Dlaczego tak? Nie mam pojęcia. Za to na mniejszym placu Herbert Hooverplein jest pomnik przedstawiający ludzi wsiadających do balonu. Też tam kiedyś się wdrapałem. Ale kiedy to było…

Co więcej?

I to by było na tyle. Punkty obowiązkowe już znacie. A jeśli macie więcej czasu możecie odnaleźć Mały Beginaż, o którym zapomniałem wspomnieć albo jak studenci wypożyczcie rower by podjechać do leżących poza tzw. Ringiem zabytkowego opactwa Abdij van Park czy znajdującego się kilka kilometrów dalej zamku Arenberg.

Gdzie spać

W trakcie tygodniowego pobytu w Belgii, mieszkaliśmy właśnie w Leuven a dokładniej w tym apartamencieA jeśli skorzystacie z naszych rekomendacji noclegowych (albo wybierzecie coś innego) to będzie nam bardzo miło jeżeli dokonacie rezerwacji przez nasze linki (w tym wpisie albo korzystając z przekierowania z naszej strony głównej – banner Booking.com). Dla Was cena się nie zmienia a my otrzymujemy prowizję od serwisu za polecenie, które daje nam dodatkową satysfakcję z pracy nad blogiem : )

Oczywiście decydował mój sentyment do miasta, ale mogę szczerze polecić Leuven jako bazę wypadową do podróży po Belgii. W kilkanaście minut dotrzecie pociągiem do Brukseli, w godzinę do Gandawy, Antwerpii czy Mechelen, a do Brugii i nad morze w ok. 1,5 h.

Jeśli planujecie przemieszczać się pociągami to rozważcie opcję biletu kolejowego na 10 przejazdów. Aktualnie taki karnet kosztuje 77 EUR dla osoby dorosłej na podróże w 2. klasie. Wpisuje się tylko stację początkową i końcową (można się przesiadać albo robić przystanki) oraz datę. Rewelacja.

Do zobaczenia Leuven.

J.